czwartek, 2 lutego 2012

Znika Gadu Gadu


Oficjalny komunikat mówi, że:

Kultowa polska marka internetowa zmienia nazwę i logo

GG – to nowa oficjalna nazwa popularnego komunikatora Gadu-Gadu. Tym skrótem już od dawna określa się potocznie najbardziej znany nad Wisłą program do internetowych pogawędek, ale tym razem zwrot „GG” zyskał miano oficjalnej nazwy. Wraz z nim światło ujrzało nowe logo. Pojawi się ono w najbliższej wersji aplikacji.

Przyznam się, że jako osoba żyjąca na styku świata realnego i świata marketingowego, nie do końca rozumiem sens zmiany nazwy „kultowej marki”, podobnie jak wiele lat temu nie rozumiałem sensu uśmiercenia nazwy CPN. No, ale to nie mój sęk i nie moje deski. Ktoś się napracował przy prezentacjach PowerPoincie, odniósł sukces (przekonał zarząd i akcjonariuszy), jest więc SUKCES.

Z drugiej strony zastanowiłem się nad samym komunikatorem, dzięki któremu Gadu Gadu, przepraszam GG, zrobiło swojego czasu karierę. I doszedłem do wniosku, że w erze Facebooka, Twittera i iMessage z Gadu Gadu, przepraszam GG, korzystam bardzo rzadko.

W zasadzie większość znajomych, z którymi utrzymuję w miare bliskie kontakty, ma konto na Facebooku i właśnie cukierkowy Messenger pełni podstawowe funkcje komunikacji. iMessage dostępny jedynie na applowskiej platformie iOS-a to drugi co do częstości używania sposób komunikacji. A GG? Owszem, mam. Ostatnio dokonałem downgrade’u, bo najnowsza superhiper wersja zatykała mój wypasiony wielordzeniowy procesor. Podobno jest przygotowywana nowa wersja, ale… who cares?

Dokładnie tak samo było ze Skypem. Konto Skype założyłem w pierwszych dniach działania usługi, w czasie pracy w Onecie był to urzędowo nakazany sposób komunikacji wewnętrznej, a teraz… Skype śpi sobie spokojnie w systemowym trayu i czeka, aż go ktoś obudzi. Może, kiedyś.

Prawdopodobnie przez następnych kilka lat będę utrzymywał sześciocyfrowy numer GG na tej samej zasadzie, jak pielęgnuję numer stacjonarny, „przydzielony” mi dwadzieścia lat temu przez Telekomunikację Polską. Od tej pory przewędrował przez kilku operatorów i ostatecznie wylądował w low-costowym VoIp-ie. Czasem ktoś zadzwoni. Zwykle telemarketerzy.

Pewnie przy kolejnej reinstalacji systemu Windows 12,5 dojdę do wniosku, że nie warto instalować zbędnych programów…

środa, 1 lutego 2012

Samsung? VERBOTEN!


Dramat za Odrą! Sąd w niemieckim Duesseldorfie utrzymał w mocy zakaz sprzedaży oryginalnego modelu Samsung Galaxy Tab 10.1, zgodnie z wcześniejszym wnioskiem Apple. Czy tym sposobem zakazany tablet stanie się najbardziej pożądany? Wątpię...

Rzecz dotyczy ziem za naszą zachodnią granicą. Jestem jednak przekonany, że gdyby taki wyrok zapadł w Polsce, tablet Samsunga byłby najlepiej sprzedającym się urządzeniem w branży.
Polacy w sposób szczególny nie tolerują wszelkich zakazów i nakazów. Świadczy o tym nasza historia oraz współczesne protesty wobec ACTA. Potrafimy bronić wolności. Przeważnie też to, co jest u nas zakazane, jest powszechnie pożądane. Ale nie u Niemca, gdzie jak wiemy - "porządek musi być". I wyroki się szanuje.
Nie spodziewam się, że na ziemiach niemieckich powstanie jakieś tabletowe podziemie, w którym na czarnym rynku będzie można kupować spod płaszcza zakazanego Galaxy Taba. Gdyby tak się stało i mentalność niemiecka ewoluowała, moglibyśmy na tym nieźle zarobić. Z pewnością rozwinęłyby się nieformalne relacje handlowe na linii Polska - Niemcy. Moglibyśmy chwalić się, że Niemcy przyjeżdżają do nas po tablety, jak kiedyś my po samochody...
Czy ja wypiłem już dziś kawę, by mniej fantazjować? A przynajmniej się obudzić? Ocknąć? Niech mnie ktoś uszczypnie!

WOJCIECH ANDRZEJEWSKI



wtorek, 24 stycznia 2012

Ad ACTA


Jestem anonimowym internautą. Zmęczony szumem wokół tematu ACTA i skołowany rozbieżnościami w zdaniach mądrych głów wypowiadających się przed kamerami stacji telewizyjnych lub mikrofonami stacji radiowych na ten temat. Zaczynam się bać włączyć komputer i pisać swojego bloga... kulinarnego. Boję się odtwarzać w komputerze kopii płyt CD, które utworzyłem na własny użytek, by nie zniszczyć oryginałów. Zaczynam żyć w lęku przed Globalną Wioską, jaką wraz z innymi zbudowałem i w której mieszkam...
Koszmarny czas dopadł polski internet i jego użytkowników. W związku z wypłynięciem tematu ACTA czuje się smutny zamęt i paraliżujący chaos. Politycy chcą wdrażać w życie coś, co jak twierdzą – niczego nie zmienia w obowiązującym nas prawie. Mimo wszystko, tak bardzo zależy im na wdrożeniu ich zdaniem martwego prawa, że starali się to zrobić za naszymi plecami. Bardzo nieładnie. Z drugiej strony są artyści i tak zwani twórcy, starający się bronić swoich praw do utworów różnego rodzaju. Rzecz jasna brylują w tym galimatiasie koncerny, których prawnicy jak lwy na mocy ACTA walczyć będą o dobra w postaci znaków towarowych i patentów.
Lasuje mi umysł mnogość opinii na temat ACTA. Wiadomo, że ilu Polaków, tyle zdań i racji. Sporo ich na forach. Aż strach czytać, bo można mieć ochotę samemu odziać się w kajdanki i wybrać spacerem na najbliższy komisariat, prosząc o rychłe wtrącenie do ciupy za film obejrzany w sieci. O muzyce zgromadzonej na dysku w mniej lub bardziej legalny sposób – nie wspomnę...
Szum informacyjny, jaki zrobił się wokół ACTA jest nieznośny. Brakuje merytorycznej dyskusji na temat tego dokumentu i najważniejsze – tego, co jego ratyfikacja oznacza dla statystycznego Kowalskiego. Czy umowa handlowa może zmieniać przepisy prawa? Jako laik – nie wiem...
Bardzo nieładnie jest robić coś za cudzymi plecami. Panowie politycy lub może właściwiej – politykerzy, którzy tak właśnie się wobec nas zachowali, powinni czym prędzej ratując resztki twarzy, przedstawić opinii publicznej faktyczny stan wpływu dokumentu na nasze życie. Jest żenującym fakt, że zamiast autorów, zamieszanie interpretować muszą blogerzy, samozwańczy prawnicy, populistyczni internauci. Obniża to jakość polskiej debaty publicznej, sprowadzając ją nierzadko do rynsztoka. Z drugiej strony – jacy politycy, taka debata publiczna. I tylko skołowanych ludzi żal.
Mimo tego, że czytałem ACTA, słuchałem wielu mądrych audycji radiowych na ten temat, oglądałem w telewizji wypowiedzi roztrzęsionych ekspertów o spoconych czołach, nie wiem, o co w tym bałaganie tak naprawdę chodzi. I komu zależy na tym, żeby ten chaos utrzymywać.
WOJCIECH ANDRZEJEWSKI

poniedziałek, 19 grudnia 2011

Szanuj czas...

Mamy coraz bardziej kolorowe i multimedialne życie. I dobrze. Bo żyć powinno się lepiej. Wszystkim. Przynajmniej według Tuska. Z pewnością do serca biorą sobie to programiści zasypujący ludzkość zrzeszoną np. na Facebooku, różnorakimi aplikacjami. Mniej lub bardziej potrzebnymi. Odzierających nas z tego, co bezcenne. Naszego czasu...

Od kilku lat korzystam z Facebooka i jak dotąd udało mi się skutecznie oprzeć różnego rodzaju aplikacjom. Mniej lub bardziej durnym, łamane przez potrzebnym. Korzystam tylko z jednej - WordPress, niezbędnej do tego, by to co smaruję w swoim blogu, pojawiało się znajomym na kanale Facebooka. I basta! Zauważyłem jednak ciekawą poprawność u moich realno-wirtualnych przyjaciół. Mianowicie, najpierw pakują się w jakąś aplikację - np. Mój kalendarz, a później dramatyzują na forum, że to zła, niedobra, paskudna, fałszywa, złodziejska aplikacja. Zabawne widowisko. Zwłaszcza wtedy, gdy wcześniej polecają ją innym poprzez serdeczny spam. Lub aplikacja sama siebie poleca, wszak tak stworzył ją zręczny programista. Nieważne. Ważne jest to, co robimy ze swoim czasem, ładując się w przeróżne "atrakcje". Po cholerę Wam te wszystkie aplikacje? Żyje się lepiej? Doprawdy? Maciek Bębenek, nasz naczelny, wypisał ostatnio na swoim wallu fajny elaborat w sprawie niecnych czynów, jakie na Facebooku wyprawia wspomniana aplikacja. Dał instrukcje jak ją usunąć i to, co może nam łajza ukraść z profilu. I tak czytam to, czytam, czytam... Zerkam na zegarek i zauważam, że straciłem pięć minut. Bo jakiś wariat w mniej lub bardziej słusznej sprawie wymyślił aplikację, którą infekuje cyberspołeczeństwo. Zachęcam do racjonalizowania swoich wyborów, które przekładają się na to, że zamiast tracić czas na gapienie się w monitor, możecie poświęcić ten czas na przeżycie czegoś ciekawszego. - No dobra, a co jest ciekawszego od Facebooka? - zapytał mnie złośliwie kolega z redakcji. - Choćby mój kot...

WOJCIECH ANDRZEJEWSKI

niedziela, 27 listopada 2011

Dużo więcej Plusa


Sensacją tego weekendu stała się informacja przekazywana „z ust do ust” na forach, że karty Plusa mają dostęp do sieci Aero2.
Co to oznacza dla „szarego zjadacza komórek”? Nadajniki Aero2 działają na częstotliwości 900 MHz, tej samej, na której w Polsce rozpoczęto działalność komórek GSM. Jednym nadajnikiem można obsłużyć obszar o promieniu nawet kilkunastu kilometrów, a - w przypadku zastosowania porządnej anteny – nawet kilkudziesięciu km. 900 MHz jest bardziej odporne na przeszkody terenowe – lasy, wzniesienia. Stąd fachowcy nazywają je pasmem pokryciowym, służącym do zapewnienia jak największego zasięgu.
Ponieważ prawa fizyki są nieubłagane, zwiększenie zasięgu wiąże się z ograniczeniem przepustowości. Oznacza to, że w ramach jednej komórki (czyli zasięgu pojedynczego nadajnika), przy tej samej liczbie użytkowników, ale większym zasięgu, osiągniemy mniejsze prędkości transmisji z czy do internetu.
Jednak w Polsce nadal walczymy o zasięg. Setki mniejszych miejscowości czy wiosek nadal pozbawione są zasięgu szybkiego radiowego Internetu. Stąd hasło „Więcej Plusa” możemy odczytać tylko na plus :-)

piątek, 25 listopada 2011

Czekam na realną nowość. Nie na lifting...

Serwisy internetowe ścigają się w wieściach na temat nowego, trzeciego już iPada. Kolejny, podobno nieoficjalny przeciek, informuje o nowych matrycach do tabletu sygnowanego logotypem nagryzionego jabłuszka. Czytam te doniesienia i zastanawiam się nad tym, czy warto się tym przejmować. Niedawno oczy całego świata - jak pewnie chciałaby firma Apple, zwrócone były na nowego iPhone'a. Nowego - starego, jak już pisałem. teraz to samo dzieje się z iPadem. Dwójka jeszcze jest ciepła na salonach producenta, a już mówi się o trójce. Trochę, jak z bułkami. Tyle, że te w odróżnieniu od tabletów trzymają swoją cenę, a stawiam swoją niewiele wartą głowę, że nowy iPad będzie droższy od swojego poprzednika, a funkcjonalnie rewolty technologicznej, za przeproszeniem - nie wywoła. Czy warto jest zatem kupować starą, nieco odświeżoną bułkę w cenie tej świeżej? Rynek spożywczy i jego konsumenci błyskawicznie weryfikują takie praktyki. Odnoszę wrażenie, że reakcje konsumentów rynku IT, zwłaszcza tych, którzy już stanęliby w kolejce po trzeciego iPada, ocierają się o zjawisko zbliżone do grupy wyznaniowej... Mam iPada. Pierwszego. Drugiego nie chciałem, podobnie jak i trzeciego i czwartego. Piątego pewnie też. Uparcie, cały czas czekam na przełom technologiczny w tabletach. Chmurka i lifting mnie nie interesują. (WA)

poniedziałek, 21 listopada 2011

Pełen obaw o szkolną ławkę

Buźka roześmiała mi się od ucha do ucha na wieść o intrygujących badaniach, jakie popełniła firma Acer. Ponad 70% nauczycieli, uczniów oraz rodziców uczestniczących w programie Educational Netbook Pilot potwierdza, że wykorzystanie netbooków podczas zajęć związanych ze szkołą pozytywnie wpłynęło na motywację uczniów w szkole oraz na wyniki nauczania. Wynik ten - jak napisał producent w komunikacie prasowym - jest częścią końcowej oceny projektu pilotażowego Acer-European Schoolnet Educational Netbook Pilot, który dotyczył zastosowania netbooków do celów związanych z nauczaniem i uczeniem się oraz objął 8 tys. nauczycieli i uczniów z sześciu krajów. Zaznaczę, że w naszym kraju badań tych nie realizowano. "Wykazać" mogli się uczniowie i pedagodzy z Francji, Niemiec, Hiszpanii, Włoch, Turcji i Wielkiej Brytanii. A szkoda. Całkiem niedawno przerabiałem przez rok epizod pedagogiczny w postaci prowadzącego warsztaty dziennikarskie w jednym z łódzkich ogólniaków i po tym, co przeżywałem na lekcjach, niekiedy powątpiewając w swój gatunek, zastanawiam się, co by się wówczas działo, gdyby kwiat młodzieży miał do dyspozycji elektronikę - tzw. "użytkową". Lub używkową. Jak kto woli...

Głównym celem projektu pilotażowego było zbadanie wpływu wprowadzenia netbooków oraz dydaktyki 1:1 na procesy związane z nauczaniem i uczeniem się, zarówno w szkole, jak i poza nią. I podobno - jak twierdzi producent - netbooki motywują uczniów oraz pomagają w tworzeniu dobrej atmosfery w klasie. Państwo wybaczą, że się nie sprzeciwię. - Można zerknąć na "fejsa" dodać ciekawe wideo prosto z ławki, poobcować z "przyrodą" czy obejrzeć zaległy odcinek jakiegoś programu. Nie dziwi mnie poprawa atmosfery w klasie. Być może się mylę, co jest bardzo prawdopodobne, a jeszcze bardziej niż jest - chciałbym, aby tak było, ale nie sądzę, aby w polskiej szkole netbooki wspierały zaangażowanie w proces edukacyjny. Nie wierzę! Chyba, że taki, w którym naniesiono bardzo konkretne ograniczenia względem internetu i możliwości zabawiania się multimediami. Słowem nudny. Jak polska szkoła, która nie brała udziału w projekcie. Szkoda.

Tymczasem dyskutuje się o pomyśle wprowadzenia tabletów do szkół. Brawo! Rzecz jasna jestem sceptycznie nastawiony do tego zapewne intratnego pomysłu dla dostawcy wyłonionego w przetargu. Dlaczego? Bo od 12 lat piszę głównie przy pomocy klawiatury komputera i niedawno odkryłem, że mam szalone problemy z pisaniem odręcznym. Czymś, czego nauczyłem się w szkolnej ławce, z kartką papieru, a nie tabletem. Wróciłem do tej ławki. Odstawiłem technologię i wróciłem do poprawiania swojego charakteru pisma. Mój tablet nie pomógł mi w tej kwestii. A pismo, to podobno także charakter - twierdzą psychografolodzy. Nie jestem fanem nadmiaru elektroniki w szkolnej ławce. I być może jest to ciasne myślenie, pełne przestarzałych poglądów. Widziałem jednak smartfony w akcji na lekcji. I może dlatego nie chcę zobaczyć netbooka czy tabletu. (WA)